W Tajlandii jest źle.
Na ulicach Bangkoku toczą się walki pomiędzy zwolennikami byłego premiera Thaksina (czerwone koszule - głównie lewica i ludzie gorzej sytuowani) oraz wojskiem i zwolennikami rządu Vejjajivy. Dotychczas już 20 osób zginęło, najwięcej wczoraj - podczas szturmu sił bezpieczeństwa na zajmowane przez opozycjonistów części stolicy. Ponoć, obok gumowych pocisków, została także użyta ostra amunicja, ponoć obie strony strzelały do siebie i wysadzały w powietrze ładunki wybuchowe. Dzisiaj w stolicy panuje chwiejny, nieogłoszony przez nikogo rozejm.
Pisałem do bliskiej mi osoby z Bangkoku, na szczęście mieszka na przedmieściu i te wydarzenia jej bezpośrednio nie zagrażają. W Tajlandii zaczyna się teraz (12-15 kwietnia) tradycyjny Nowy Rok, zwany też Świętem Wody - ponieważ jedną z tradycji jest rytualna ceremonia oczyszczania wodą, która nierzadko przekształca się w coś w rodzaju naszego śmigusa-dyngusa. A należy wiedzieć, że kwiecień jest w Tajlandii najbardziej upalnym miesiącem. Jednak w tym roku zamiast radości i beztroski Tajowie doświadczają strachu i niepewności jutra.
Myślę, że im także należy się nasze modlitewne westchnienie.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polityka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polityka. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 11 kwietnia 2010
piątek, 21 sierpnia 2009
Płacz i public relations - Tajwan po tajfunie
Według najnowszych doniesień tajfun Morakot z 8-9 sierpnia mógł pochłonąć nawet 600 ofiar - tyle osób wymieniają listy zabitych i zaginionych. Służby ratownicze stoją w obliczu niełatwego zadania: muszą odkopać wsie zasypane w wyniku osunięć gruntu, gdzie nadal mogą być pogrzebane setki ofiar kataklizmu. Wielka tragedia nie pozostała bez wpływu na sytuację polityczną Tajwanu - bo choć jej powody są naturalne, to w takich przypadkach zawsze szuka się winnych.
Politycy z pierwszych stron gazet zazwyczaj nie podejmują decyzji taktycznych, mających bezpośredni wpływ na walkę ze skutkami żywiołu - to zadanie centrów antykryzysowych i wyspecjalizowanych służb. Ale - jakkolwiek cynicznie to zabrzmi - robienie dobrego PR-u jest w takich sytuacjach niezwykle ważne. Wie o tym na pewno George Bush, którego postawa w pierwszych godzinach 9/11 została obśmiana w agitce Michaela Moore'a, powinien wiedzieć także i Włodzimierz Cimoszewicz, którego słowa o "ubezpieczaniu się" w kontekście wielkiej powodzi z 1997 roku mogły przyczynić się do porażki SLD w wyborach. Ma Ying-jeou, prezydent Tajwanu, zdołał popełnić wiele błędów - i to nawet poważniejszych.
Wieczorem 7 sierpnia, gdy zaczęły się opady, prezydent Ma zaszczycił swą obecnością przyjęcie weselne. Źródła opozycyjne nie omieszkały wytknąć, że panna młoda była z Chin , i że podczas imprezy padło wiele sloganów o "zacieśnianiu więzów" w relacjach wyspa-kontynent. Gdy 9 sierpnia prezydent odwiedził miejsca szczególnie dotknięte przez tajfun, skrytykowano go za zatrzymanie się w komfortowym hotelu i zupełny brak empatii wobec zrozpaczonych ludzi, którzy nic nie wiedzieli o losie swoich bliskich. Na tej stronie mamy ciekawe porównanie działań antykryzysowych władz obecnych z działaniami podjętymi przez rząd prezydenta Lee Teng-hui'a po trzęsieniu ziemi w 1999 roku. Odzwierciedla ona punkt widzenia stronnika DPP - ale pewnie wielu Tajwańczyków podpisałoby się pod zawartymi tam treściami.
A ChRL nie próżnuje. Władze obiecały rdzennym Tajwańczykom (zamieszkującym najbardziej dotknięte tajfunem południe) pomoc w zdobywaniu rynków zbytu dla produktów rolnych i wsparcie w rozwoju turystyki. To oczywiście ważny gest, który ma pomóc zjednać Chinom światową i lokalną opinię publiczną, myślę jednak, że jest to też swego rodzaju subtelne zagranie na antagonizmie pomiędzy aborygenami (原住民) a napływową ludnością Han, (zwłaszcza chodzi o porewolucyjnych uciekinierów z kontynentu - 外省人 ) która za czasu jedynowładztwa GMD próbowała ich wynarodowić. Dochodzi też konkretna pomoc: ChRL przekaże ocalałym z kataklizmu prefabrykowane domy.
Czy tajfun rzeczywiście zaważy na przyszłości Tajwanu? Politycy, jak wiemy, nie są skrępowani żadnymi względami przyzwoitości - będą eksploatować w najlepsze ludzką tragedię, byle tylko słupki z poparciem skoczyły w górę. Najbliższe wybory (na Tajwanie połączono wybory do Yuanu Ustawodawczego z wyborami prezydenta) dopiero w 2012 roku. Oponenci Guomindangu skarżą się na medialną przewagę rządzącej partii, choć sympatie internetu są raczej po ich stronie.
Jednak jest zbyt wcześnie, żeby cokolwiek uznać za przesądzone.
Politycy z pierwszych stron gazet zazwyczaj nie podejmują decyzji taktycznych, mających bezpośredni wpływ na walkę ze skutkami żywiołu - to zadanie centrów antykryzysowych i wyspecjalizowanych służb. Ale - jakkolwiek cynicznie to zabrzmi - robienie dobrego PR-u jest w takich sytuacjach niezwykle ważne. Wie o tym na pewno George Bush, którego postawa w pierwszych godzinach 9/11 została obśmiana w agitce Michaela Moore'a, powinien wiedzieć także i Włodzimierz Cimoszewicz, którego słowa o "ubezpieczaniu się" w kontekście wielkiej powodzi z 1997 roku mogły przyczynić się do porażki SLD w wyborach. Ma Ying-jeou, prezydent Tajwanu, zdołał popełnić wiele błędów - i to nawet poważniejszych.
Wieczorem 7 sierpnia, gdy zaczęły się opady, prezydent Ma zaszczycił swą obecnością przyjęcie weselne. Źródła opozycyjne nie omieszkały wytknąć, że panna młoda była z Chin , i że podczas imprezy padło wiele sloganów o "zacieśnianiu więzów" w relacjach wyspa-kontynent. Gdy 9 sierpnia prezydent odwiedził miejsca szczególnie dotknięte przez tajfun, skrytykowano go za zatrzymanie się w komfortowym hotelu i zupełny brak empatii wobec zrozpaczonych ludzi, którzy nic nie wiedzieli o losie swoich bliskich. Na tej stronie mamy ciekawe porównanie działań antykryzysowych władz obecnych z działaniami podjętymi przez rząd prezydenta Lee Teng-hui'a po trzęsieniu ziemi w 1999 roku. Odzwierciedla ona punkt widzenia stronnika DPP - ale pewnie wielu Tajwańczyków podpisałoby się pod zawartymi tam treściami.
A ChRL nie próżnuje. Władze obiecały rdzennym Tajwańczykom (zamieszkującym najbardziej dotknięte tajfunem południe) pomoc w zdobywaniu rynków zbytu dla produktów rolnych i wsparcie w rozwoju turystyki. To oczywiście ważny gest, który ma pomóc zjednać Chinom światową i lokalną opinię publiczną, myślę jednak, że jest to też swego rodzaju subtelne zagranie na antagonizmie pomiędzy aborygenami (原住民) a napływową ludnością Han, (zwłaszcza chodzi o porewolucyjnych uciekinierów z kontynentu - 外省人 ) która za czasu jedynowładztwa GMD próbowała ich wynarodowić. Dochodzi też konkretna pomoc: ChRL przekaże ocalałym z kataklizmu prefabrykowane domy.
Czy tajfun rzeczywiście zaważy na przyszłości Tajwanu? Politycy, jak wiemy, nie są skrępowani żadnymi względami przyzwoitości - będą eksploatować w najlepsze ludzką tragedię, byle tylko słupki z poparciem skoczyły w górę. Najbliższe wybory (na Tajwanie połączono wybory do Yuanu Ustawodawczego z wyborami prezydenta) dopiero w 2012 roku. Oponenci Guomindangu skarżą się na medialną przewagę rządzącej partii, choć sympatie internetu są raczej po ich stronie.
Jednak jest zbyt wcześnie, żeby cokolwiek uznać za przesądzone.
poniedziałek, 10 sierpnia 2009
Tajfuny i filozofowie

Tajfun Morakot właśnie przeszedł nad Tajwanem, pozostawiając za sobą czternastu zabitych i zniszczenia liczone w milionach dolarów. Nieokreślona jest liczba ofiar wywołanych przezeń powodzi. Teraz na nadejście tajfunu przygotowują się Chiny kontynentalne.
Tajfuny to nie tylko fenomen pogodowy, choć już tylko jako takie zasługują na uwagę. Polskie określenie pochodzi od chińskiego 太风 (taifeng) i obok "keczupu", "herbaty" czy "żeńszenia" stanowi jeden z nielicznych sinicyzmów. Tajfuny (albo cyklony tropikalne - tajfun to nazwa lokalna, podobnie jak huragan) zdarzają się w obszarze zachodniego Pacyfiku dość często - można je w zasadzie przyrównać do gwałtownych letnich burz w Polsce, które - choć czujemy przed nimi respekt - są nam doskonale znane. Według tej strony, co roku nad wschodnią Azją przechodzi średnio dwadzieścia kilka tajfunów. Naukowo rzecz ujmując, cyklon jest rodzajem sztormu, cechującym się centrum o niskim ciśnieniu i otaczającymi go burzami, które powodują wyładowania atmosferyczne i silne wiatry. Wraz z trzęsieniami ziemi, dużą wilgotnością powietrza i żarem lejącym się z nieba, tajfuny stanowią nieodzowny element środowiska geograficznego południowych Chin.
Nie jest jednak nowym spostrzeżenie, że warunki naturalne danego obszaru w dużym stopniu kształtują mentalność jego mieszkańców, a co za tym idzie - także ich kulturę i sposób rządzenia się. Pisał o tym Monteskiusz w "Duchu praw" i "Listach perskich". Jeżeli idzie o oddziaływania bardziej konkretne, to doskonale wiemy, że już w 1281 olbrzymi tajfun, który przeszedł do historii pod nazwą "Kamikaze" (boski wiatr, według chińskiego czytania 神风 shenfeng) uniemożliwił flocie Mongołów podbój Japonii.
Chiny Północne były niegdyś polem walki dwóch odrębnych modeli cywilizacyjnych - koczowniczo/pasterskie plemiona ścierały się z ludem osiadłych rolników. Głośna powieść Jiang Ronga twórczo rozwija tę opozycję. Natomiast Południe leżało nierzadko poza władzą chińskich władców, choć już Pierwszy Cesarz powiódł tam swoje wojska. Długa jest historia walk pomiędzy Chinami a Wietnamem, Wietnam wybijał się na niepodległość zwykle wtedy, gdy silny przywódca rozprawiał się z konkurencją, zaś północny sąsiad przechodził kryzys. Widocznie malaryczna dżungla, dotykana tajfunami, równie sprzyja władzy twardej ręki jak żyzna rzeczna dolina.
Warunki dobre dla demokracji zaistniały w historii ludzkości tylko w kilku punktów globu, natomiast pozostałe lokalizacje premiowały despotyzm. Ateny, Republika Wenecka, demokracja wojenna plemion germańskich, islandzki wiec i Republika Nowogrodzka - niewiele tego. Triumf miłościwie nam panującej, oligarchicznej demokracji na świecie zawdzięczamy w zasadzie rewolucji przemysłowej i rozwojowi handlu - ułudą jest przypisywanie masom jakichkolwiek dążeń do "wolności" - usatysfakcjonowane i najedzone masy będą oklaskiwać każdą władzę.
Jaki jest z tego wniosek? Po prostu taki, że dokonująca się od kilkudziesięciu lat europeizacja Chin wcale nie musi prowadzić do powstania demokracji w stylu liberalnym. Warunki naturalne kształtują ludzi o wiele mocniej niż techniki PR, bo oddziaływają z pokolenia na pokolenie, od dalekiej przeszłości po czasy dzisiejsze. Choć wydaje się, że tego rodzaju spekulacje to wkraczanie na teren nieweryfikowalnej naukowo historiozofii, to podstawowe prawo nowożytnego konserwatyzmu: "nie ma jednej konstytucji dobrej dla każdego narodu" - nadal obowiązuje. I miejmy je na uwadze, gdy będziemy próbowali nakłonić Chińczyków do bezwarunkowego przejęcia naszego modelu rządzenia.
W istocie, daleko można zajść, biorąc za punkt wyjścia tajfuny.
czwartek, 9 lipca 2009
As I please, czyli śladem Erica Arthura Blaira...

Żył w złożonej epoce walczących ze sobą totalitaryzmów. I nie szukał sztucznych rajów. Otwarcie oświadczył, że każda linijka, którą napisał od 1935 roku, ma charakter polityczny. Tym, co pchało go do pisania, było poczucie niesprawiedliwości. Gniew. Polemiczna pasja.
Wierzył w "demokratyczny socjalizm". Nie było jednak większego od niego wroga kłamstwa i hipokryzji ówczesnej lewicy, która płaszczyła się przed Stalinem i lizała buty tego masowego mordercy. Kiedy sowiecka "Prawda" na pierwszej stronie doniosła, że wiek pełnej odpowiedzialności karnej za najcięższe przestępstwa (włącznie z karą śmierci) obniżono do 12 roku życia, francuscy komuniści powściągliwie uznali, że "w prawdziwym komunizmie dzieci dojrzewają szybciej". Faktycznie. Dojrzewały w świecie nienawiści, podsłuchów i ciągłego terroru, a zachodni politycy i zaślepieni gryzipiórkowie malowali laurki siepaczom.
Nie mogę nie przyznać, że mam do Orwella stosunek emocjonalny, niezależnie od tego, że nie podzielam wielu jego poglądów. Nigdy nie zapomnę lektury "1984" - mówią, że to literacko książka słaba, ale wzruszyła mnie do głębi, bo poczułem, że taki świat jest możliwy - co więcej, dialektyka O'Briena jest do odszukania gdzieś w głębi, pod skorupą argumentów, artykułów prasowych, tez i odczytów. Tak, O'Brien ma się dobrze, żyje i inspiruje tych, którzy chcieliby gruntownie przebudować społeczeństwo, zamienić ludzi w krowy posłusznie kłapiące mordami. Marzą im się teleekrany i stopniowo realizują swoje marzenia, ale równie wielka walka rozgrywa się na froncie języka.
Tutaj chcę się dołączyć, dołożyć swoje skromne zdanie.
Chciałbym pisać jak mi się podoba, nonkonformistycznie, bez używania zastygłych w języku metafor, zbitek pojęciowych, którymi prowadzi się teraz dysputę publiczną. Zwalniają one dysputantów z konieczności myślenia, weryfikowania własnego stanowiska. Choć z drugiej strony nie może być pisania o polityce i społeczeństwie bez fundamentu, bez stworzenia elementarnego porozumienia między nadawcą i odbiorcą. Wierzę głęboko, że są powszechniki, na których zbudowana jest cywilizacja europejska: filozofia grecka, prawo rzymskie i chrześcijaństwo. Nie ma w nich odpowiedzi na wszystkie pytania. Ale podany został sposób, w jaki odpowiedzi szukać należy. I które odpowiedzi można wprowadzić w życie, by nie pogwałcić godności, przyrodzonej każdej istocie ludzkiej.
Orwella gniew na niesprawiedliwość jest odruchem szlachetnego człowieka, szczególnie uwrażliwionego właśnie na godność ludzką. Dożyliśmy paradoksalnych czasów, w których dogmat może być obroną wolności myślenia, a propagatorzy wolności pragnęliby nas widzieć sytych i bezmyślnych. Nie ufam im, choć obiecują mi szczęście. Wiem, że pośród łajdaków niewielu jest ludzi porządnych, a umiejętnością zrozumienia tekstu pisanego poszczycić się może garstka - a wśród tej garstki są też i O'Brienowie, metafizycznie źli wrogowie wolności. Ale mimo wszystko założyłem ten blog. Orwell te oto słowa Miltona z Raju utraconego przytoczył w swoim eseju Dlaczego piszę:
So hee with difficulty and labour hard
Moved on: with difficulty and labour hee.
Etykiety:
cywilizacja,
polityka,
społeczeństwo,
wolność
Subskrybuj:
Posty (Atom)

